Trzeciego czerwca w Sunset Manor Nursing Home w Collingwood zmarł w wieku lat dziewięćdziesięciu pięciu pułkownik Tadeusz Kotz - as lotnictwa myśliwskiego drugiej wojny światowej, ostatni dowódca dywizjonu 303, „latającej” legendy bitwy o Anglię, kawaler wielu najwyższych orderów polskich i angielskich.
Tadeusz Kotz urodził się dziewiątego sierpnia 1913 r. w Białej Podlaskiej. Po zdaniu matury i przyjęciu do lotnictwa kończy w ciągu trzech lat Szkołę Podchorążych w Dęblinie jako oficer-pilot myśliwski. Po promocji służy w różnych garnizonach, głównie we wschodniej Polsce. Ale oto nadchodzi koniec lata 1939 r. Rozdział życia garnizonowego, ćwiczebnego, szczęśliwego kończy się bezpowrotnie. Życie otwiera nowy rozdział - bardziej burzliwy i tragiczny.
Wrzesień 1939 r. w życiu młodego pilota to dwutygodniowy okres walki z Niemcami i pierwszy zestrzelony samolot niemiecki. Później typowy w tej wojnie los polskiego żołnierza: tułaczka poprzez Rumunię, Jugosławię, Grecję do Francji w poszukiwaniu rewanżu na wrogu. Ten rewanż nastąpi dopiero w Anglii, gdzie pułkownik znalazł się wraz z setkami innych lotników polskich po kapitulacji Francji. Tu w kolejnych pojedynkach powietrznych - zwycięskich za wyjątkiem jednego - zdobywa kolejne stopnie wojskowe i odznaczenia, kończąc na dowódcy dywizjonu. Ten jeden nieszczęśliwy pojedynek, w którym pułkownik musiał ratować się spadochronem, odbył się nad północną Francją. Po nim następuje brawurowa ucieczka przez okupowaną przez Niemców Francję, niby neutralną Hiszpanię - do Gibraltaru i powrót do dywizjonu w ciągu dziewięciu dni!
W wojsku służy do 1948 r. Po zawarciu małżeństwa, zwolniony z wojska, próbuje wraz z żoną szczęścia w Południowej Afryce, w Suazi, skąd po roku wracają do Anglii. („Nie sprawdziliśmy się jako pionierzy cywilizacji” - napisze pułkownik we wspomieniach). W 1956 r. przenoszą się do Kanady do Collingwood, gdzie angielska firma Martin-Baker otwarła swoją filię; Tadeusz Kotz był jej pracownikiem, więc przyjechał do Kanady niejako służbowo.
Tak wygląda życie polskiego lotnika z czasów wielkiej wojny, opowiedziane w kilku zdaniach. Życie piękne, bogate, burzliwe.
Pułkownik Kotz był człowiekiem o niezwykłym uroku osobistym. Obdarzony spontanicznym poczuciem humoru był świetnym gawędziarzem. Umiał wydobyć śmiesznostki bliźnich bez złośliwości i przygany, a z przychylnością zrozumienia. Nie ukrywał także śmiesznostek i pomyłek własnych. Między narratorem i słuchaczami szybko nawiązywała się nić ciepła i zrozumienia. W pamięci przyjaciół pozostanie jako człowiek dobry, otwarty, rozumiejący. I wiecznie młody. Właśnie tą zadziwiajacą młodość pełną werwy, planów i szybkich decyzji zachował pułkownik niemalże do ostatnich miesięcy życia.
We wspomnieniach, które zatytułował Błękitne niebo i prawdziwe kule, pułkownik w sposób niesłychanie żywy i sugestywny, z humorem, ale bez koloryzowania, opisał swoje przygody lotnicze. Już po kilku stronach lektury czytelnik obdarza autora nie tylko zaufaniem i podziwem, ale uczuciem, które łączy starych przyjaciół. Przyjaciół „od zawsze”.
Całą osobowość pułkownika uformował świat przedwojennej polskiej inteligencji, przedwojennej polskiej kultury. „Tak czy owak przedwojenną polską kulturę - pisze historyk brytyjski - cechowały spontaniczna błyskotliwość, dobry smak, wyczucie stylu i autetyczne zaangażowanie, czyli to wszystko, o co tak trudno było w czasach późniejszych”. Oficer uformowany w takim środowisku, jeśli kogoś przypominał, to na pewno nie tego osobnika, którego znamy z kawałów o „ludowym” wojsku polskim. Oficer przedwojenny był - by tak powiedzieć - człowiekiem wielowymiarowym, dla którego walka nierozdzielnie łączyła się z honorem, a często również z bohaterstwem. Przy czym było to bohaterstwo jakby mimochodem; coś, co powstawa ło niejako samorzutnie przy rzetelnym wykonywaniu obowiązku. I być może dzięki temu niesłychanie efektywne - dywizjon 303 miał przecież rekordową liczbę zestrzeleń samolotów niemieckich. Pułkownik Tadeusz Kotz był jednym z ostatnich wielkich polskich oficerów.
W miasteczku Newark-upon-Trent w hrabstwie Nottinghanshire w Wielkiej Brytanii jest cmentarz, na którym pochowano trzystu czterdziestu sześciu polskich lotników. Na jednym z krzyży umieszczono napis, będący parafrazą św. Pawła:
Walczyłem o dobrą sprawę,
W biegu wytrwałem do końca,
Dochowałem wiary.
Ten napis jest także właściwym epitafium dla ostatniego dowódcy dywizjonu 303.
Na cmentarzu w Collingwood, gdzie spoczął obok syna w grobowcu rodzinnym Tadeusz Kotz, nie ma grobów innych lotników. Pułkownik miał piękne życie i wielkie zasługi, ale pogrzeb bardzo zwyczajny. Niestety, na świecie trudno czasami wyglądać nawet cienia sprawiedliwej nagrody za zasługi - dlatego pogrzeb pułkownika nie stał się wydarzeniem polonijnym. Sytuację ratowali towarzysze walki ze wspólnym wrogiem, choć z różnych pól bitewnych: delegacja Stowarzyszenia Polskich Kombatantów „pod dowództwem” pana Klemensa Macugajły. Oni również dochowali wierności. Wierności obowiązkom i zwyczajom żołnierskim. Nad otwartą mogiłą odegrali apel poległych i oddali honory wojskowe odchodzącemu na wieczny spoczynek bohaterowi. Ten żołnierski hołd był najbardziej podniosłym i wzruszającym akcentem uroczystości pogrzebowej.
Stefan Król