Każdy kraj ma właściwą sobie kulturę, własne dziedzictwo narodowe. Poznajemy niektóre elementy, często funkcjonujące jako stereotypy: szpada to Francja, spaghetti - Włochy, a katana (miecz samurajski) to Japonia. Zdarza się, że mamy szansę zetknięcia się z inną kulturą, ale nie zawsze z niej korzystamy. Wydawałoby się, że np. wejść do znajdującej się w centrum miasta restauracji marokańskiej to nie problem, ale jednak nie wchodzimy, bo gdzieś tam pojawia się obawa: a jeżeli mi nie zasmakuje? Albo - co gorzej - dostanę rozstroju żołądka? Chyba wolę zjeść w fast-foodzie. I tak, w tym naszym strachu, nie wiemy, co tracimy.
Niedawno miałem przyjemność spotkać się z Sebastianem Rydzewskim z London, który zaryzykował. Poświęcił trochę czasu, wszedł w świat popkultury japońskiej i - odkrył sam siebie. Niedawno wrócił z nagrodą z Anime North - największego kanadyjskiego spotkania miłośników japońskiej kultury pop.
Japonię odkrył lata temu. Na naszym londońskim uniwersytecie, UWO, należał do klubu Anime Wave, którego spotkania podczas roku akademickiego organizowane są co drugi piątek (człowiek nie spotyka się na codzień z japońskimi filmami czy serialami - klub pomaga w zaspokojeniu apetytu).
Dwie najczęściej spotykane nazwy to Manga i Anime. Pierwsza, Manga, oznacza powieść w formie graficznej, co w języku potocznym określamy jako komiks. Anime zaś nawiązuje do animacji (głównie seriali - od dwóch, poprzez zwykle koło tuzina, aż do kilkuset odcinków; także do filmów pełnometrażowych). Najczęściej animacja kojarzy się nam z Disneyem i filmami dla dzieci, tyle że wobec japońskiej nie może być większego pudła niż takie skojarzenie. Na przykład film “Grobowiec Świetlików” (ang. “Grave of the Fireflies”, jap. “Hotaru no haka”) z 1988 roku jest porównywany do Spielbergowskiej “Listy Schindlera” - przedstawia losy dwóch sierot chowających się podczas drugiej wojny światowej w opuszczonym schronie. Z kolei “Ninja Scroll”, choć jest typowym filmem akcji, gdzie bohater zabija złych, z powodu obrazowania brutalności jest często oznaczany jako film dla dorosłych (w Kanadzie dozwolony jest od lat 18 - oprócz Quebecu, gdzie jest od 13).
Spotkania Anime Wave pozwalają członkom klubu wymieniać się doświadczeniami, polecić coś wartego oglądania - lub ostrzec. Przytoczę tutaj prawo Sturgeona, pisarza science fiction, którego kiedyś zapytano, dlaczego zajmuje się właśnie tym gatunkiem. “Przecież 90% science fiction jest bez żadnej wartości” - usłyszał. Odpowiedział na to: - „Zgadza się, tyle że we wszystkim 90% nie jest nic warte!”. Zgodnie z tym prawem - istnieje aż dziewięćdziesiąt procent prawdopodobieństwa, że trafimy na coś mało znacznego, mało wartościowego.
Tak więc można przyjąć, że poprzez Anime Wave i programy telewizyjne (takie jak np. Anime Network), destylujące produkcje, by pokazać to, co najlepsze, Sebastian odkrył własne pokłady złota. I nie tylko on.
Anime North zgromadziło w tym roku ponad 13 tysięcy hobbystów. Odbyły się premiery filmów, seriali, prezentacje, konkursy, występy, panele dyskusyjne i gry. Jeśli chodzi o gry, to niespodzianka. Najczęściej spodziewamy się, że gry to głównie konsole i komputery, a tu było coś jeszcze - były sale przeznaczone na gry planszowe. Chciałbym wyróżnić grę GO. Można powiedzieć, że to gra jak szachy: plansza, dwaj przeciwnicy - czarny i biały - pionki. Na tym podobieństwa się kończą. W GO są tylko i wyłącznie pionki, każdy zachowuje się identycznie, a ich siła polega na strategicznym ustawieniu i zgraniu wielu pionków w jedną akcję. Komputery w szachach już człowieka pobiły, w GO - nie.
Można powiedzieć, że wszyscy fani są fantastycznie fanatyczni. Jak coś się im podoba, robią to wiele razy. Książkę przeczytają, a film czy serial obejrzą wielokrotnie. Zapamiętają cytaty, czasem spróbują odegrać jakąś scenę ze znajomymi... Spotyka się fanów StarWars z mieczami, ludzi przebranych za bohaterów Star Treka albo sypiących cytatami z Władcy Pierścieni. Świat japońskiej popkultury od tych schematów nie odbiega.
W tym roku było ponad osiemdziesiąt osób, które zgłosiły się do konkursu strojów. Prawdę mówiąc przebierańców jest więcej, ale nie wszyscy czują się na tyle przygotowani, by od razu brać udział w konkursie. Kiedy siedziałem z Sebastianem, który pokazywał mi zdjęcia z konwentu, usłyszałem też sporo jego komentarzy. Mówił na przykład: - Ci przyszli grupowo w strojach z gry Final Fantasy, ale coś im chyba nie wyszło, gdyż część jest z siódmej gry, a reszta z dziewiątki.
Rok temu Sebastian znalazł się w podobnej grupie, przyjechał ze znajomymi, każdy w kostiumie teraźniejszej jakuzy, ale do konkursu nie przystąpili.
Po tamtym rozpoznaniu terenu Sebastian powoli, z gracją zegarmistrza, przygotowywał się na tegoroczny Anime North. Wybrany przez niego bohater to Jon Talbain, wilkołak z jego ulubionego serialu “Dark Stalkers”. A jeżeli wilkołak, to musi mieć futro, paszczę i kły. Samych łatek różnych kolorów i materiałów szukał Sebastian w London przez trzy miesiące. Uszycie to też sztuka nie lada, bo nie dość, że wiele małych łatek (sierść wilkołaka się zmienia, nie jest jednolita), to jeszcze zszył to na sobie, by pasowało jak na ulał.
Paszcza to także nie gratka. Pomijając kłopoty z kłami, językiem, sierścią, nosem czy uszami, trzeba było zadbać, żeby wszystko zachowało proporcje oryginalnej postaci, dobrze się trzymało na głowie, a otwory na oczy musiały być takie, by całość wyglądała realnie.
Zakwalifikowanie się do takiego konkursu nie jest łatwe. Trzeba zaprezentować znajomość postaci, którą strój ma przedstawiać, jak i wykazać, czy się strój zrobiło własnoręcznie. Dla Sebastiana, który wybrał postać z ulubionego serialu i sam zszył przebranie, oba testy okazały się łatwe.
Po tym opisie mam przyjemność zakomunikować, iż za swój strój Sebastian dostał pierwsze miejsce w kategorii nowicjuszy (przypominam, że wszystkich uczestników było w tej grupie ponad 80; na YouTube - pod nazwą 'Anime North 2008 - Masq - Entry 10' - jest klip Sebastiana z konkursu).
Wszystkim o podobnych zainteresowaniach Sebastian poleca seriale: Naruto, Pokemon, DragonBall Z i Bleach. Z gier - Final Fantasy 7. Jeśli ktoś chciałby się z nim skontaktować, może pisać pod sibris@rogers.com .
Przygotowania do Anime North 2009 ruszyły pełną parą (o tym, co było w tym roku, można poczytać na http://www.animenorth.com). Sebastian je bacznie śledzi - chce równie dobrze wypaść w przyszłym roku.
O tym, jak popularna w Kanadzie jest japońska popkultura świadczy fakt, że w Anime North 2008 było ponad 13 tysięcy uczestników, a hotele trzeba było rezerwować na pięć mięsiecy wcześniej (dla porównania - rok 1997, rok pierwszego spotkania hobbystów, zgromadził 800 osób).
Jeszcze jedno - wydawałoby się, że w epoce, gdy nie każdego stać na patrzenie poza czubek własnego nosa, na dodatek podczas tak dziwnego zjazdu, wszystko odbywa sie na luzie. Ale nie do końca. Organizatorzy traktują wszystko poważnie, a uczestnicy żywo reagują na różne wydarzenia. Gdy pewien rodzic zgłosił, że zagubiło mu się dziecko, wszystkie drzwi zostały zamknięte i nie tylko ochrona szukała zguby. Nikt nie mógł wyjść ani wejść, dopóki dziecko się nie odnalazło. Było całe i zdrowe.
I zupełnie na koniec - Anime North wspiera fundację działajacą na rzecz torontońskiego Hospital for Sick Children.
Adam Żochowski
Zdjęcia z Anime North 2008 pochodzą od Sebastiana.