Latem ubiegłego roku w zabytkowym kościele św. Wojciecha w Detroit Arleta Sziler spotkała Mike'a Sadaja. Mike odwiedzał to miasto i podobnie jak jej rodzina skorzystał z tego, że w kościele była akurat msza w języku polskim (jest tam odprawiana raz w miesiącu). Powiedział, że u św. Wojciecha w 1920 roku chrzczony był jego ojciec.
Arleta Sziler próbowała sobie wyobrazić, jak popularne było to miejsce przed laty: w okolicy mieszkało wielu Polaków, funkcjonowały fabryki, a przy kościele była szkoła... Ale czasy się zmieniły, przemysł i ludzie zaczęli opuszczać Detroit. W tej chwili jest tam wiele opuszczonych budynków, ale kościoły (przy tej ulicy naliczyła trzy polskie) trwają. Otwierane są na specjalne okazje.
Mike Sadaj powiedział jej, że z kościoła wyszedł bardzo wzruszony, w czasie mszy poczuł się na nowo Polakiem, chociaż nie mówi po polsku. Powiedział też, że jest weteranem wojny wietnamskiej. Zapytała, czy wielu Amerykanów polskiego pochodzenia brało w niej udział? Jak wielu zginęło? Mike odparł, że jego przyjaciel Frank Smyk był jednym z tych, którzy za Wietnam zapłacili życiem. Stało się to 5 stycznia 1968 roku.
Arleta Sziler zachęciła go do napisania wspomnień o koledze i do przedstawienia polonijnym czytelnikom wojny w Wietnamie z perspektywy jej uczestnika.
Frank Smyk (9 VIII 1947 - 5 I 1968)
NIEZAPOMNIANY PO CZTERDZIESTU LATACH 5 stycznia 1968 - 5 stycznia 2008
Był czternasty stycznia 1968 roku. Całkiem niedawno, bo jedenastego grudnia 1967, wróciłem z dżungli Wietnamu i ciągle jeszcze przyzwyczajałem się do życia w cywilu. Miałem kłopot z podjęciem decyzji, co dalej.
Ci, którzy nie walczyli, nie zdają sobie sprawy, jak wygląda życie, gdy każda minuta jest naznaczona śmiercią. Zżerała mnie “zgnilizna dżungli”, atakująca każdego, kto długo przebywał w tropikach: przez głowę przewijają się wulgaryzmy, ostrzegające przed każdą realną czy wyimaginowaną sytuacją, poczucie bezpieczeństwa zastępuje okrutna świadomość, że zło istnieje nie tylko w sferze słów czy idei. Miałem nieodparte wrażenie raz na zawsze utraconej młodości.
Właśnie opuściłem Veterans Administration Hospital w Allen Park na przedmieściach Detroit, szpital wprost przepełniony żołnierzami oczekującymi pomocy. Wojna w Wietnamie wchodziła wtedy w swe najwyższe stadium, liczba zabitych rosła z dnia na dzień i wojskowe służby medyczne z trudem radziły sobie z sytuacją. Żołnierzy wypisywano ze szpitala z zaleceniem: “Jeśli wystąpią komplikacje, należy zgłosić się do szpitala wojskowego w pobliżu miejsca pańskiego zamieszkania”. Był to sposób na pozbycie się kłopotu. Przypuszczam, że nigdy nie zetknęli się z hasłem, jakie przyświecało prezydentowi Trumanowi: “The buck stops here!”.
Tak więc 14 stycznia 1968 roku siedziałem w barze Duke’a w Hamtramck - polskiej enklawie w Detroit, piłem piwo i ze swym polskim znajomym Archie Prussem rozmawiałem o wojnie i czekającej nas przyszłości, kiedy zjawił się Bobby Sutkievitch. Przysiadł się do nas na kieliszeczek i zapytał: “Słyszeliście, że Frankie Smyk zginął w akcji w Wietnamie?” Poczułem ciarki na plecach, bo Frankiego znałem całe swoje życie. (Wtedy jeszcze Bobby nie wiedział, że i jego rodzina niebawem przeżyje podobną stratę. Brat Bobby’ego, Allan, także zginął, i w sumie jednego dnia w tym samym kościele mieliśmy dwie uroczystości pogrzebowe).
Mieszkaliśmy na Carpenter St., pomiędzy Joseph Campau i Conant, a więc w takiej części Detroit/Hamtramck, gdzie granice nie były zbyt wyraziste. Ludzie, którzy nie znali tych okolic, uważali, że są to odrębne miasta, ale dla nas było ono jedno. Była tam jedna z największych polonijnych enklaw w Stanach, chyba druga po Chicago.
Jeśli chodzi o Franka, to nie dowiedzieliśmy się o jego śmierci niczego bliższego poza tym, że zginął w walce (KIA - Killed in Action Status) 5 stycznia 1968. Zapadła cisza, wszyscy się zamyślili i tylko co jakiś czas dało się słyszeć: “Że też ktoś taki jak Frankie musiał zginąć!”, albo: “Jeden z najsympatyczniejszych w sąsiedztwie, każdy chciałby znać kogoś takiego”. Ja zaś myślałem: “Ta wiadomość zabije jego ojca, Edwarda Smyka”. (Edward Smyk był policjantem w Davison, obejmującym swym zasięgiem także naszą dzielnicę. Walczył w drugiej wojnie światowej.
Zabierał dzieci do zoo w Detroit albo na mecze bejsbolowe rozgrywane w ramach PAL - Police Athletic League Program.) Frankie urodził się 9 sierpnia 1947 r. jako Frank Barth Smyk. Jego rodzice - Edward i Stella - byli Polakami z pochodzenia. Był ich drugim dzieckiem, jednocześnie pierwszym synem. Urodził się w detroickim New Grace Hospital, gdzie przyszło na świat wiele dzieci amerykańskich Polaków. Smykowie mieli jeszcze dwóch synów: Edwarda i Jamesa, i trzy córki: Marlene, Kitty i Sue. Należeli do polskiej parafii Our Lady Help of Christians przy McDougall St. w Detroit, gdzie potem Frankie i ja byliśmy ministrantami. Poza tym Frankie służył przy pogrzebach w związanym z parafią domu pogrzebowym Anthony’ego Wysockiego, gdzie wielu naszych przyjaciół i krewnych żegnało swoich bliskich.
Smykowie mieszkali w Detroit przy 3322 Cody St., zaledwie dwie przecznice od polskiego Hamtramck. Frankie z rodzeństwem uczył się w szkole przy parafii Our Lady Help of Christians, szkołę średnią - St. Ladislaus High School w Hamtramck - skończył w czerwcu 1965 r. Do wojska został wcielony w dziewiętnastym roku życia, gdy w Selective Service Lottery padł jego numer. Dlaczego piszę, że został wcielony? To już były lata dużych strat w wojnie wietnamskiej, liczby zabitych i rannych sięgały tysiąca - tysiąca pięciuset miesięcznie, stąd pobór. Mężczyzn wcielano w pośpiechu, nie przechodzili właściwego szkolenia, tylko szybko wrzucano ich, to mięso armatnie w młynek, jakim była wietnamska dżungla.
Była - i jest - ścisła korelacja pomiędzy odpowiednim przeszkoleniem a szansą przeżycia i dlatego tak elitarne formacje jak Army Rangers, Airborne Troops, Navy Seals, Air Force Pararescue czy Marine Corps Forced Recon mają dużo mniej strat w ludziach. Dzięki dobremu wyszkoleniu powstaje zgrana jednostka, a to daje większe możliwości przeżycia.
Wracając do Franka, to po ośmiotygodniowym podstawowym przeszkoleniu (które z czasem skrócono do sześciu), przypadło mu najbardziej ryzykowne zajęcie, jakie mógł dostać początkujący żołnierz - walka w oddziałach amerykańskiej piechoty w Azji Południowo-Wschodniej - w Wietnamie.
Biorąc pod uwagę mandat, nadany wojsku przez cywilnych zwierzchników, w takiej żołnierz mógł sytuacji tylko zasalutować i wykrzyknąć: “Tak jest!”. Dla wielu młodych chłopców koniec był tragiczny.
Sięgam pamięcią wstecz. Jest niedziela 1954 albo 1955 roku i Frankie i jego siostra Kitty idą po mszy na lody do cukierni Joanny przy Davison Ave. Widzę Frankiego z burzą rudych włosów przypominających stóg siana, z obsypaną piegami twarzą, w przykusym zielonym ubranku... Gdy się tylko pojawił - radosny, pełen życia, z uśmiechem jakby przed chwilą coś przeskrobał, od razu pojaśniało dokoła i wszystkim udzielił się jego nastrój. Frankie był najbardziej czarującym dzieckiem, jakie kiedykolwiek widziałem!
To jedno z wielu moich miłych wspomnień związanych z Frankiem Smykiem. Teraz odczuwam smutek, bo z powodu jego przedwczesnej śmierci na świecie jest jakby mniej radości. Ale wracam do głównego wątku.
Kilka dni po spotkaniu w barze Duke’a ciało Franka Bartha Smyka powróciło z wietnamskiego pola bitwy. Znalazło się w miejscu, w którym wielokrotnie służyliśmy do mszy - w domu pogrzebowym Antoniego Wysockiego, naprzeciwko parafii naszego dzieciństwa. W tamtych latach rytuał pogrzebowy znacznie różnił się od obecnego i trwał dłużej. A żeby było smutniej, w sąsiednim pomieszczeniu tego samego domu pogrzebowego spoczywał w oczekiwaniu pogrzebu inny młody Amerykanin polskiego pochodzenia, także katolik, na dodatek kolega Frankiego z lat dziecinnych i w tym samym co on wieku - 20-letni Allan Sutkievitch, którego śmierć była równie bezsensowna. Śmierć jest zawsze smutna, ale staje się tragiczna, kiedy dopada tak młodych ludzi.
Smykowie byli doskonale znani zarówno w parafii, jak i całej okolicy, więc w domu pogrzebowym pojawiło się mnóstwo ludzi. Pamiętam, że pierwszego dnia odwiedzin były tylko miejsca stojące. Podszedłem do trumny, ukląkłem, zrobiłem znak krzyża i zacząłem się modlić za Frankiego, ale najbardziej utkwiło mi w pamięci, że trumna była otwarta.
Zetknąłem się ze śmiercią na polu bitwy i doświadczyłem tego, że często człowiek nie chce wiedzieć, jak wyglądają zwłoki. Śmierć, szczególnie ta w wojnie, nie jest niczym pięknym, wprost przeciwnie, jest brzydka i odstręczająca, bo oblicze wojennej śmierci chyba nie może być inne. A jednak od Frankiego nie mogłem oderwać oczu. Nie mogłem uwierzyć, że leżał przede mną martwy ktoś, kogo całe swoje życie znałem jako pełne uroku dziecko. Uderzyło mnie, że wyglądał jakby tylko spał, i wyobrażałem sobie, że lada chwila wstanie i spyta: “A co wy tu wszyscy robicie?”. Niestety, nie wstał.
W końcu podniosłem się i podszedłem do jego bliskich, by złożyć wyrazy współczucia. Starsza siostra Franka, Kitty, w której się swego czasu podkochiwałem, wskazała mi miejsce obok siebie, żebyśmy mogli chwilę porozmawiać. Zaczęliśmy wspominać Franka i dawne dobre czasy, mówiliśmy też o tym, jak bolesna była dla nas wiadomość o jego śmierci w Wietnamie i wtedy wyrwało mi się: “Nie potrafię uwierzyć w tę śmierć. Frankie wygląda jakby tylko spał”. Kitty zgodziła się, a potem wzięła mnie za rękę i podprowadziła do katafalku mówiąc: “Spójrz, kula, która go zabiła, weszła tuż nad lewym okiem”. I dodała: “To się tylko wydaje, że Frankie śpi. On już nigdy nie wstanie”. Smykowie bardzo przeżyli jego śmierć.
Jedno z moich miłych wspomnień, związanych z tą smutną sytuacją, dotyczy zwyczajów, jakie panują wśród mieszkających w Ameryce Polaków. Otóż sąsiadami Smyków, oddalonymi od nich o trzy domy zaledwie, byli Michael i Martha Gołąbkowie, którzy widzieli, jak pewnego sierpniowego dnia 1947 roku Frankiego przywieziono ze szpitala do domu. Teraz pani Martha Gołąbek obeszła wszystkich sąsiadów i zebrała pieniądze na kwiaty, dostarczone potem do domu pogrzebowego, a w dzień pochówku na Mt. Olivet Cemetery...
Długo nie mogłem opędzić się od myśli o śmierci Franka Bartha Smyka gdzieś na polu bitwy w Wietnamie. Czas płynął, a smutek i poczucie straty nie opuszczały mnie. Po kilku latach uzmysłowiłem sobie, że powinienem coś zrobić - dla Franka i dla siebie samego - odprawić jakieś egzorcyzmy nad demonami wojny i zamknąć ten rozdział życia na dobre.
Tego samego 1968 roku w wojnie w Wietnamie poległ Victor David Westphall III z Nowego Meksyku. Jego pogrążony w żałobie ojciec, doktor Victor Westphall, postanowił za otrzymane z ubezpieczenia dziesięć tysięcy dolarów upamiętnić jakoś swego syna - i tak w pięknych górach Angel Fire w Nowym Meksyku powstał z czasem pomnik wszystkich weteranów wojny w Wietnamie - Vietnam Veterans National Memorial. Zadecydowałem, by w Angel Fire było też miejsce poświęcone Frankiemu. W związku z tym rozpocząłem zbieranie wszelkich dotyczących go informacji, co poszło mi nawet całkiem dobrze. Brakowało jedynie zdjęć. Nie miałem żadnego - nawet ze szkoły. Kilka razy usiłowałem skontaktować się z rodziną Franka, ale - z niewiadomych mi powodów - bez skutku. Po kilku latach udało mi się odnaleźć jedną z jego sióstr, która mieszkała w Toronto.
Sympatycznie nam się rozmawiało do czasu, gdy wspomniałem o Franku i o tym, że zamierzam go upamiętnić w Angel Fire. Widocznie poruszyłem głęboko zalegające obszary smutku, ponieważ przestała odpowiadać na telefony. Był to dla mnie trudny okres, ponieważ czułem, że bez zdjęcia zamysł będzie niekompletny (tym bardziej, że widziałem, jak wygląda Angel Fire).
Zintensyfikowałem poszukiwania, które chwilami były pewnie desperackie, chwilami beznadziejne, bo nie bardzo wiedziałem, co robić dalej. Minęło kilka lat. Pojawił się internet, dzięki któremu zyskałem nowe możliwości dotarcia do ludzi, informacji i zdjęć. Przestudiowałem dostępne dane o służbie wojskowej Franka i dowiedziałem się, że jego jednostka to drugi pluton, kompania B, 4 batalion, 9 pułk (regiment Manchu), 25 dywizja piechoty. Z Państwowego Archiwum dostałem informację, że poległ 5 stycznia 1967 roku w prowincji Tay Ninh w Wietnamie Południowym, że śmierć zadała mu broń palna małego kalibru i że ciało udało się odnaleźć na polu walki - co już wiedziałem. Ponadto dowiedziałem się, że jego służba wojskowa w Azji Południowo-Wschodniej rozpoczęła się 11 lipca 1967, że w wojsku znalazł się z poboru (jego MOS - Military Occupational Specialty - to 11B20) i był tam specjalistą czwartej klasy (Spec. 4) ze stawką żołdu E-4 (to z kolei oznaczało żołnierza z poboru, mężczyznę rasy białej, katolika, obywatela USA).
Wyposażony w te informacje zacząłem przeglądać internet w poszukiwaniu dodatkowych. Szukałem długo i dokładnie, ale nic nowego nie udało mi się wynaleźć. Nie powinno to zbytnio dziwić, jako że rok 1995 to w zasadzie początki internetu. Nie rezygnowałem i w roku 2001 trafiłem na stronę 9 regimentu (Manchu) 25 dywizji piechoty. Wprawdzie nie było tam dużo więcej, aniżeli miałem, ale na forum dyskusyjnym - Manchu Message Board - wpisałem po prostu: “Szukam kogokolwiek, kto znał Franka Smyka i/lub służył z nim w Wietnamie”. Po trzech latach dostałem e-mail:
Mike,
Znałem Franka Smyka z kompanii B. Nie mam jego zdjęć, ale może uda mi
się znaleźć kogoś, kto ma.
Z poważaniem,
Larry Mitchell
B/4/9
październik 67 - październik 68
Byłem tak podekscytowany, że od razu wystrzeliłem do Larry’ego z odpowiedzią, po której nastąpiła wprost niewiarygodna korespondencja, rzadko przydarzająca się ludziom, którzy się nigdy nie spotkali.
Dzieliliśmy się informacjami o Franku, o jakich przedtem nie mieliśmy pojęcia, poznawaliśmy nowe fakty. Odpowiadałem na pytania Larry’ego, dotyczące życia Franka przed wojskiem, a on - na moje o służbie Franka w Wietnamie.
Korespondowaliśmy tak jakiś czas, aż wyjawiłem, co zamierzam dla Frankiego zrobić. Wreszcie, 13 sierpnia 2004 roku, cztery dni po tym, jak Frank mógłby skończyć 57 lat, Larry Mitchell przysłał mi e-mail z wielkim “BINGO!!! - photos” jako temat. W załączeniu były dwa bardzo dobre zdjęcia. Na jednym, zapadającym w pamięć niby jakieś proroctwo, Frank patrzy w obiektyw, jakby znajdował się już po drugiej stronie życia i stamtąd komunikował: ”Tu jestem!”. To niewiarygodne, przykuwające uwagę zdjęcie... a wiem, co piszę, bo jestem fotografem i widziałem - i zrobiłem - tysiące zdjęć. Był też dopisek: “Denny przeżył ciężkie chwile” (zdjęcia przechował Dennis Wagner, jeden z najbliższych przyjaciół Franka Smyka w Wietnamie). Tak więc po trzydziestu pięciu latach miałem wreszcie to, czego szukałem.
Ci dwaj mężczyźni, Larry Mitchell i Dennis Wagner, których nigdy nie spotkałem, stali mi się bardzo bliscy dzięki późniejszej korespondencji i wspólnym staraniom, by upamiętnić Franka Smyka. Omawialiśmy wszystko krok po kroku, wszystko mieliśmy dobrze przemyślane, działaliśmy metodycznie i ostrożnie przechodziliśmy całą drogę, by utrwalić pamięć o kimś, kto był młody, był dobry i poświęcił życie dla kraju. Nie ma bardziej chwalebnej ofiary, jak poświęcić siebie dla idei wolności.
W planach miałem wyjazd z Zionsville w Indianie, gdzie mieszkałem, do Angel Fire w Nowym Meksyku, by na terenie istniejącego tam Vietnam Veterans National Memorial uwiecznić życie Franka Smyka, jego śmierć i jego przejście do wieczności. Poprosiłem Dennisa Wagnera i Larry’ego Mitchella, by spisali związane z Frankiem wspomnienia, by wydobyli z pamięci żywego człowieka. Nas też kiedyś nie będzie, ale pozostanie to miejsce w Angel Fire, a w nim Frank - pełen życia, dobry i wartościowy chłopiec, który przeżył zaledwie dwadzieścia lat.
Oto, co powiedział Dennis Wagner: “Miałem z Frankiem umowę na wymianę racji żywnościowych. Zawsze brałem to, czego nie chciał, bo jedzenie nie miało dla mnie większego znaczenia. Ta wymiana była dobrą zabawą. On lubił biszkopt i brzoskwinie i zawsze mu je dawałem w zamian za keks. Nie lubił szynki ani fasoli - dostawał za nie ode mnie, co sobie wybrał.
Obaj byliśmy wysocy i chudzi - postrzegaliśmy świat z podobnej perspektywy. Zazwyczaj był zadowolony, często się uśmiechał. Przypominam sobie, jak opowiadał o dorastaniu w Hamtramck i Detroit. Dotąd pamiętam, jak sobie obiecywał, że z Południowego Wietnamu wróci cały i zdrowy, i jak liczył dni.
Jego twarz i głos wryły mi się w pamięć. Ciągle pamiętam ten ostatni raz, kiedy widziałem go żywego. Jego śmierć przygnębiła nas wszystkich, a ja z trudem powstrzymywałem się od łez.
Przenośna ściana [pamięci - przyp. red.] dwukrotnie była w Boise i za każdym razem odczytywałem tam jego imię. Nie zapominam.
Dziękuję Ci za pomysł z Angel Fire - dzięki temu pamięć o Franku nie zaginie.
Wiem, że jego rodzina nie wie, jak był mi bliski, i jak głęboki był mój żal po jego śmierci. Minęło trzydzieści siedem lat, a ciągle boli. Kiedy będziesz w Angel Fire, powiedz mu, że przyjaźń nie umiera i że się jeszcze spotkamy. Przypuszczam, że ciągle lubi biszkopt i brzoskwinie.
Pozdrów go ode mnie. Denny”
A to wspomnienia Larry’ego Mitchella: “Może się to wydać nieistotne, ale w Wietnamie, gdzie para suchych skarpet znaczyła więcej niż bilety do teatru, sytuacja, jaką opiszę, miała duży ciężar gatunkowy. Nikt nie mógł tam się wyspać do woli i kiedy tylko nadarzała się okazja, staraliśmy się z niej maksymalnie skorzystać. Wojsko dało nam moskitiery, którymi owijaliśmy głowy i dzięki temu spało się o niebo lepiej. Kłopot był tylko z tym, że siatka była doczepiona do sztywnej obręczy (około 10 cali średnicy), co utrudniało pakowanie i transport.
Frank miał trochę doświadczenia z zakładu mechanicznego, gdzie ktoś mu kiedyś pokazał, jak złożyć ostrze piły taśmowej do trzech małych, okrągłych pojemników, i od razu zastosował to do moskitiery. Po takim złożeniu mieściła się w kieszeni. Potem pokazał mi, jak to robić, a ja pokazałem reszcie. W taki sposób mało istotny przedmiot nabrał rangi najprawdziwszego luksusu.
W 1967 roku, tydzień przed Bożym Narodzeniem, byłem z Frankiem w okopie w Bo Tuc. Nasze zadanie polegało na obserwowaniu okolicy w związku ze spodziewanym atakiem lądowym. W pewnym momencie zobaczyłem, że Frank się schyla, i zrobiłem to samo. Za chwilę w pobliżu spadł pocisk wystrzelony z moździerza. Wtedy Frank powiedział, że słyszy odgłos pocisku i dzięki temu może się w porę skryć. Po pewnym czasie ja też zacząłem słyszeć.
Wcześniej nikt mi o tym nie powiedział. Następnego ranka sprzęt, który leżał obok okopu, został podziurawiony szrapnelami. Gdyby Frank mi nie powiedział, jak się kryć, i nie pokazał, jak się to robi, prawdopodobnie opowiadałbym teraz całkiem inną historię. Jeśli w ogóle miałbym co opowiadać...
Frank miał bystry umysł, który służył nie tylko jemu, ale i innym.” Smykowie poszli śladami Westphallów, chociaż rodziny te nie miały pojęcia o swoim istnieniu ani o tym, co każda z nich zrobiła dla swych synów. Westphallowie przeznaczyli otrzymane z ubezpieczenia 10 tysięcy dolarów na budowę mauzoleum w Angel Fire, a Smykowie swoje odszkodowanie włożyli w budowę ośrodka wypoczynkowego w Houghton Lake w Michigan.
Nazwali go Frankie’s Modern Resort.
Po trzydziestu siedmiu latach od śmierci Franka, wspierany duchowo przez Larry’ego Mitchella i Dennisa Wagnera, wyposażony w otrzymane od nich wspomnienia i zdjęcia, wybrałem się w sierpniu 2005 do Angel Fire, gdzie utrwaliłem pamięć o Franku Smyku - naszym przyjacielu, towarzyszu broni i bracie w Chrystusie. Teraz, w czterdzieści lat od jego śmierci, wspomnimy go raz jeszcze - wyrażając naszą miłość i szacunek.
W styczniu 2008 ponownie będę w Angel Fire i w kaplicy Pokoju na wzgórzu dawnego rancza Westphalla będę się modlił - za Franka i za innych, którzy zginęli, ale o których nie zapomniano.
AVE ATQUE VALE*, Frankie!
Mike Sadaj (Tłum. Skaner)
* Ave atque vale! - witaj i żegnaj!